Zawsze czułam się inna, jakbym nie pasowała do tego świata, mówili nawet na mnie:kosmitka. Przez wiele lat doświadczałam poczucia gorszości, dom rodzinny z powodu alkoholizmu i przemocy był piekłem, a szkoła z powodu tego że nie miałam fajnych ciuchów i gadżetów innym jego wymiarem, ale tak, tak: również piekłem, dziś się to nazywa mobbing. Moje życie było na tyle do bani, że chciałam nie jednokrotnie się zabić, ale mimo to Jestem. Byłam absolutnie nie szczęśliwa, cierpiałam, żyłam w poczuciu winy, strachu, słuchając nie tego głosu co trzeba i wierząc w słowa matki, że jestem do d, że do niczego się nie nadaje. Przez jakiś czas przewijał się epizod kościelny, bowiem to co było we mnie bardzo wyraźne to poszukiwanie prawdy, sensu życia,jakaś tęsknota, czułam się nie kompletna, jakby czegoś mi brakowało i szukałam tego. Była we mnie bardzo silna potrzeba wyprowadzki z domu i ją w wieku 19 lat zrealizowałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam że dystans tak bardzo mi pomoże w uzdrowieniu. Po skończeniu szkoły wyjechałam do Irlandii, stała się tam wspaniała rzecz, złamałam program który się nazywa autorytet, tak właśnie myślałam o księżach, byłam bezwzględnie posłuszna temu co od nich słyszałam i taki jeden za moim przyzwoleniem zawładnął moją Wolą i decydował za mnie nawet w najmniejszych sprawach, robił ze mnie nieumiejącą podjąć decyzji kalekę, ale do czasu, bo właśnie doświadczenia w Irlandii przyniosły wyzwolenie od tego. Po powrocie do kraju lżejsza o ten jeden program,zastanawiałam się co dalej i podjęłam wtedy decyzję wyjazdu na studia, czułam w sobie potrzebę by pomagać innym, dziś myślę, że bardziej chciałam pomóc sobie, nie wiedziałam jak konkretnie, ale była we mnie szczera chęć rozwijania się. Wybrałam pedagogikę, znalazłam pracę i Gdańsk, bo to te miasto było miejscem mojego uzdrawiania, przemian. Mieszkałam tam 8 lat, zmieniałam pracę, branże, partnerów, miejsce zamieszkania, łamałam kolejne programy umysłu, uwalniałam się od tego co było nie korzystne, od poczucia winy, miałam je tak rozbudowane w wyniku relacji z księdzem, że czułam się ciągle winna i latałam co chwila do spowiedzi, nie mogłam robić tego co każdy robi, było by ok gdyby to wypływało ze mnie, ale to było bezwzględne posłuszeństwo księdzu,m.in nie jadłam 2 lata słodyczy, pościłam w środy i piątki o chlebie i wodzie, nie mogłam pić kawy,oglądać tv, w końcu spotykać się towarzysko, miałam tylko pościć, modlić się i spowiadać jemu, byłam przekonana wtedy że jeśli cokolwiek zrobię inaczej Bóg mnie ukarze, to właśnie od niego słyszałam i wierzyłam w to, bałam się, ten program był bardzo silny i uwolniłam się od niego po wielu latach oczywiście gdy już do niego nie chodziłam, po jakimś czasie w ogóle przestałam chodzić do kościoła. Pamiętam że czytałam dużo książek, zobaczyłam że to co oferuje kościół nie zaspokoiło mojej tęsknoty, nie dało mi sensu życia,dalej cierpiałam, ale też pojawiła się we mnie otwartość na prawdę, również po za kościołem, gdyż wcześniej wierzyłam że tylko Bóg, ten przedstawiany przez kościół, taki który nagradza i karze mnie wyzwoli, uszczęśliwi,bo przecież urodziłam się w tej religii i nie dopuszczałam innej opcji, jednak zmieniło się to, stałam się otwarta. Coraz bardziej zdrowiałam psychicznie, zaczęłam pozwalać sobie na odczuwanie przyjemności, na cieszenie się życiem, na poznawanie. Potem przyszła choroba i musiałam podjąć decyzję czy będę brała leki do końca życia, bo takie było zalecenie lekarza, wybrałam zmianę diety, oczyszczenie organizmu, wtedy też już mieszkałam w Norwegii z Danielem, z którym po 3 spotkaniu zamieszkałam i absolutnie byłam pewna, że chcę towarzyszyć mu i tak jesteśmy razem, razem się doskonalimy, kochamy bezwarunkowo,cieszymy się sobą już 4 rok. Ale wracając do choroby, po miesiącu stosowania zaleceń dietetyka czułam się jakbym urodziła się na nowo, widziałam też jasność umysłu, zmieniło się moje nastawienie do wielu spraw, wygląd, schudłam 10 kg, do  Norwegii wyjechałam oczywiście z zamiarem pracy tam,ale nic nie wychodziło. Norwegia okazała się miejscem, w którym bardzo wiele czasu spędzałam sama ze sobą, co przełożyło się na bardzo dynamiczny rozwój duchowy, okazała się miejscem w którym odnalazłam swoją pasję, sens życia, to co robię teraz. Chciałam bardzo realizować się zawodowo i pamiętam to jak dziś:pewnego dnia zadałam sobie pytanie, czym chciałabym wartościowym, najsensowniejszym podzielić się ze światem? i przyszła odpowiedź: swoją historią, swoim uzdrowieniem i tak powstała książka, potem kurs dzięki któremu pomagam innym zbudować ze sobą zdrową relację, byłam absolutnie szczęśliwa i pierwszy raz odczułam 100% satysfakcji z pracy, poczułam że w końcu znalazłam swoją pasję, zrozumiałam sens mojego cierpienia, transformacji wszystkich traum, jak i wcześniejszych porażek związanych z tym, że za co się nie brałam w Norwegii, nie było z tego owoców, przez chwilę produkowałam świece, potem założyliśmy spółkę w której to mieliśmy sprowadzać i sprzedawać polskie kosmetyki Norwegom,ale nic nie wychodziło, dziś wiem dlaczego nie wychodziło, miałam zająć się czymś innym, właśnie tym czym się teraz zajmuje, tworzeniem, edukowaniem z poziomu doświadczenia, z poziomu sera. Tworząc książkę i kurs byłam już na poziomie poczucia, że wszyscy jesteśmy jednością, że każde Życie jest Bezwarunkowo Wartościowe, przyszła wolność od podziałów na religie, narodowości, poczułam że to wspaniałe odkrycie, zniknęło we mnie poczucie gorszości, w ogóle porównywanie się do innych, poczułam że zasługuje na wszystko co najlepsze i inni również zasługują, że jestem wolna od jakichkolwiek podziałów. Nie było jednak wciąż we mnie akceptacji na kreacje innych, na takie kreacje w których było cierpienie. Bardzo chciałam pogodzić moją rodzinę,pracowałam nad tym wiele lat, ale przyszła i wolność od tego. Opijałam szampanem z Danielem ten wspaniały moment zrozumienia, że nie jestem dla swojego młodszego rodzeństwa matką, nie wiedziałam że ten plecak jest aż tak ciężki, cudownie było go zdjąć,  przyszło zrozumienie i poczucie że wszystko jest ok, każdy doświadcza tego co sobie wykreuje, uwolniłam się od zmiany swojej rodziny, od zmiany tych którzy zmienić się nie chcą i zrozumiałam jaką byłam egoistką chcąc to robić, zrozumiałam że zmienić mogę tylko siebie. Przyszedł szacunek do Wolnej Woli, wolność od osądzania, że coś jest dla kogoś dobre a coś złe, pojawiła się akceptacja tego jak jest, poczucie Boskości we mnie, miłość, współodczuwanie i chęć pomocy tym którzy tego potrzebują, chęć pomocy w zmianie, tym którzy zmienić się chcą, tym którzy o tę pomoc po proszą. 

©2019 KLEO Template a premium and multipurpose theme from Seventh Queen

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

Nie pamiętasz hasła ?